Nie ustają protesty kobiet. Poruszenie zapoczątkowane planami zmian w prawie aborcyjnym przeradza się w coraz silniejsze protesty. Na najbliższe dni planowana jest kolejna seria wydarzeń – spotkań, pikiet i demonstracji.

Takiej reakcji rządząca w Polsce partia raczej się nie spodziewała. Temat aborcji w naszym kraju od wielu lat był tematem drażliwym. Partie polityczne bały się poruszać ten temat, unikały naruszania „kompromisu aborcyjnego”. Wszelkie inicjatywy skrajnych odłamów zarówno prawicy jak i lewicy były szybko wygaszane przez partie głównego nurtu. Kompromis co prawda nie zadowalał żadnej ze stron ale pozwalał na utrzymanie status quo, każdy bał się gwałtownego przechyłu w jedną ze stron – później mogło nastąpić mocne odbicie w drugą stronę.

Sytuacja zmieniła się wraz z próbą realizacji swoich obietnic przedwyborczych przez partię rządzącą. PiS przed wyborami obiecywało że nie będzie z góry odrzucać żadnych projektów obywatelskich – miały trafiać do dalszych prac w sejmie, niezależnie czy były zbieżne z jej linią polityczną. Obywatele mieli odzyskać swój głos. Do sejmu trafiły dwa projekty obywatelskie – jeden mocno zwiększający restrykcyjność (czy wręcz opresyjność) przepisów, drugi – liberalizujący. „Katastrofę” spowodowało nie tyle przepuszczenie do dalszych prac projektu zaostrzającego co jednoczesne odrzucenie projektu liberalizującego przepisy. Równowaga została zachwiana. Oliwy do ognia dolała seria pogardliwych komentarzy ze strony przedstawicieli partii rządzących. W środowiskach kobiecych zawrzało.

Zaskoczeniem była zarówno forma jak i ilość protestów. Nie skończyło się na jednej centralnej manifestacji w Warszawie. Protesty trwały kilka dni i objęły swym zasięgiem cały kraj – wielotysięczne demonstracje odbyły się praktycznie we wszystkich większych miastach Polski.

Planowane są dalsze działania. Jak właśnie ogłosili organizatorzy protestów, w najbliższych dniach planowane są demonstracje w ponad stu miastach w kraju i za granicą.